Trasa pana Tosa

Czy i Ty wsiądziesz?

Historia


Chronologia opowieści bez początku, środka oraz najprawdopodobniej końca.

[1]
[2]
[3]



2011-08-29 (10:28:12)

[3]

Część 3, właściwie zawiera fragment rozdziału 2, który nie został umieszczony poprzednio. Jeśli wydaje się chaotyczny, bezcelowy to bardzo prawdopodobne, że macie rację. Autorka sama nie ma pewności, co ma sens, a co nie :)

Ewa popatrzyła znowu na Maćka. Był zwykłym, małym chłopcem nie różniącym się zbytnio od tysięcy innych, małych chłopców w jego wieku. Siedział rozglądając się po autobusie z nie mniejszą dozą zaciekawienia wobec współpasażerów, co Ewa i wyraźnie zdumiony zadawał sobie najprawdopodobniej tysiące pytań podobnych do tych, na które szukali kiedyś odpowiedzi dorośli tacy jak ona. Jego mała, kędzierzawa główka nie była może jeszcze w stanie pojąć zawiłych praw fizyki, które wyjaśniłyby mu dlaczego balonik trzymany przez jego siostrę unosił się bez trudu w powietrzu, podczas gdy jemu zdarzało się nieraz przewrócić na ziemię i rozbić sobie kolano. Być może mama wspomniała coś o helu, o tym, że gaz ten jest lżejszy od powietrza lecz wszystko to brzmiało dla niego jak czarna magia. Być może zaakceptował ten fakt, stwierdził, że mama nigdy się nie myli, tak jak nie pomyliła się, gdy powiedziała, że ogień potrafi poparzyć, a on nie wierząc podłożył palec pod płomień świecy. Być może właśnie wtedy doszedł do wniosku, że lepiej słuchać dorosłych, bo są mądrzejsi i wiedzą kiedy trzymać ręce przy sobie. Chłopiec wyjrzał przez okno i zobaczył szarego, kudłatego pieska. Ewa też go dostrzegła, a w jej głowie pojawiło się nowe, dziwne pytanie.

- Mamo, dlaczego pies ma cztery łapy?

- Kochanie, dlaczego zadajesz takie dziwne pytania?

- Mamo...

- Wszystkie pieski mają cztery łapy. – Stwierdziła starając się uświadomić synkowi, że fakt ten również nie podlega dyskusji.

- Ale dlaczego cztery, a nie na przykład trzy, albo pięć? – Uparcie drążył temat chłopiec.

- Pięć to za dużo, a trzy za mało. Jak dorośniesz, to zrozumiesz.

Ewa pokręciła z powątpiewaniem głową. Uważała siebie za osobę dorosłą, przynajmniej jej dokumenty wskazywały jednoznacznie, że według prawa osiągnęła dorosłość w każdym kraju na Ziemi, a mimo tego także nie wiedziała dlaczego ten włochaty zwierzak miał właśnie cztery łapy.

- Mamo, powiedz! Dlaczego?

- Porozmawiamy o tym, gdy wysiądziemy. Zgoda? – Zamknęła temat rodzicielka wracając do punktu wyjścia. Wyraźnie zdezorientowany Maciek kiwnął na znak aprobaty małą, zamyśloną, pełną zagadek główką i już miał o coś znowu zapytać, gdy nagle przypomniał sobie, że jego zasób pytań się wyczerpał, więc ziewnął znudzony, przekręcił się na siedzeniu i z powrotem zaczął wyglądać przez okno.

Kierowca nacisnął pedał hamowania i pojazd gwałtownie zaczął zwalniać. Kobieta rozejrzała się wokół, stali praktycznie w szczerym polu. Poza paroma, starymi, murowanymi domostwami w oddali, nie dostrzegła na zewnątrz niczego ciekawego. Pan Tos zwinnym ruchem przeszedł na przód pojazdu, podniósł z miejsca staruszka w kaszkiecie i stanął z nim przy drzwiach. Przez chwilę rozmawiali, obaj wyglądali na spokojnych dopóki autobus się nie zatrzymał, a starszy mężczyzna ze smutkiem w oczach zaczął schodzić ze schodów. Już miał zawrócić, zadać jeszcze jedno pytanie, gdy w powietrzu zabłysło jakieś narzędzie, mężczyzna umilkł, pan Tos zamienił kilka słów z niewidomym pasażerem i znowu ruszyli w drogę.

Nagle uwagę Ewy przykuło jednak nowe zjawisko. Oto z głębi pojazdu wypadło niespodziewanie dwóch jegomości.  Pierwszy, młodszy, o jasnych blond włosach i zmęczonych, szarych oczach, ubrany w elegancki, granatowy garnitur szedł przodem z naręczem maszynopisów ściśniętym w dłoniach i gniewnie wymachując nimi odwracał się do drugiego, drepczącego z tyłu, starszego, nieco siwiejącego mężczyzny z drobnymi okularami niedbale zarzuconymi na nos wykrzykując pod coś pod jego adresem. On zaś, skulony nieco bardziej niż zwykle starał się uspokoić swojego rozmówcę, zbierał kartki i przyciskał je mocno do piersi nie zważając na wygniecenia powstałe na jego szarym, kraciastym garniturze.

- Cała ta pisanina nie jest warta nawet grosza!

- Myślę, że nie powinien pan brać całej tej sytuacji tak bardzo do siebie. Jestem przekonany, że znajdzie się wielu wydawców chętnych zainwestować w pana powieść.

Pisarz jednak go już nie słuchał. Stanął przy wejściu i z dłonią opartą lekko o podbródek spoglądał w zamyśleniu przez okno podczas, gdy jego kompan korzystając z chwili wytchnienia usiadł obok Ewy i zaczął porządkować zapiski artysty mamrocząc pod nosem, że już dawno powinien zażądać podwyżki. Skończywszy swoją pracę, poprawił na nosie okulary, wstał, popatrzył z góry na pozostawione kartki, wykrzywił twarz w zagadkowym grymasie, machnął na to wszystko rękami i odszedł znikając po chwili gdzieś w głębi pojazdu.

Ewa uniosła maszynopisy na wysokość oczu. Ciekawość wzięła nad nią górę.

 Było ciepłe, majowe popołudnie, okres kwitnienia wiśni. Chłodny wiatr delikatnie przedzierał się między gałęziami drzew Cesarskiego Ogrodu szepcąc im historie znad dalekiego morza lecz jego język pozostawał niezrozumiały dla gościa przechadzającego się właśnie samotnie po ogrodowych alejach. Zhu Qizhen wyciągnął przed siebie rękę, aby pozwolić płatkom wiśni opaść bezwładnie na jego chłopięcą dłoń. Przypomniał sobie rozmowę, którą przeprowadził z matką jeszcze nie tak dawno temu w tym samym miejscu.

 - Kiedyś to ty zostaniesz cesarzem, Zhu Qizhen – Matka uśmiechnęła się łagodnie do syna.

- Cesarzem? – Kilkuletni chłopiec nie rozumiał jeszcze znaczenia tego słowa.

- Gdy dorośniesz będziesz władał Chinami i zajmiesz miejsce swojego ojca, Xuande – Jak się później okazało, Sun nie miała jednak racji we wszystkim, co wtedy powiedziała.

- Będę władał Chinami?

- Widzisz tę wiśnię? – Poprowadziła chłopca w głąb ogrodu i wskazała mu duże drzewo gęsto odziane drobnymi, różowymi kwiatami. – Nasz naród jest liczny jak płatki kwiatów porastające gałęzie tej rośliny, a ty już wkrótce staniesz się pniem tego drzewa, będziesz stanowił podporę dla gałęzi i to od ciebie będzie zależało czy drzewo przetrwa zimę wydając latem owoce czy też podda się pod naporem przeciwności. Pamiętaj Zhu Qizhen, będziesz cesarzem.

 Cesarz popatrzył na płatki, które zatrzymał na jego dłoni wiatr. Były takie drobne, kruche i delikatne. Tak łatwo było je zniszczyć. Zhu Qizhen nie czuł się wcale silniejszy niż płatek wiśni, nie czuł się pniem, lecz co najwyżej wątłą gałęzią targaną przez wiatr równie mocno jak każda zwykła gałąź. Miał wrażenie, że wystarczy silniejszy podmuch wiatru, aby go złamać, nic więcej.

 - Pamiętaj Zhu Qizhen, musisz zawsze jeść potrawy za pomocą srebrnych pałeczek – nauczyciel podał mu elegancką parę z wygrawerowanymi smokami wijącymi się wzdłuż brzegu obu pałeczek.

- Dlaczego srebrnych?

- Gdyby potrawa była zatruta, pałeczki staną się przy końcu ciemniejsze - oświadczył rzeczowo Wang Zhen.

- Zatruta? Co to znaczy zatruta? – chłopiec spojrzał na nauczyciela wzrokiem pełnym niezrozumienia. Wang Zhen westchnął lekko, gdy zdał sobie sprawę z tego jak uważnego acz niedoświadczonego ma wychowanka. Nauczanie ulubionego syna piątego cesarza z dynastii Ming było jednak przywilejem, o którym mogliby tylko marzyć inni nadworni eunuchowie.

- Ktoś mógłby cię otruć i umarłbyś, to znaczy zasnął i nigdy już się nie obudził, Zhu Qizhen.

- Nie obudziłbym się – powtórzył za nauczycielem chłopiec stopniowo uświadamiając sobie znaczenie wypowiedzianych przed chwilą słów – Nigdy.

 Cesarz dalej stał w zamyśleniu, gdy nagle wiatr zawiał mocniej i zmiótł z jego dłoni delikatne płatki. W tym samym momencie bramy ogrodu otwarły się i dało się słyszeć z oddali ciężkie, żołnierskie kroki. Odwrócił się powoli i spojrzał głęboko w oczy przybyszowi. Był cesarzem, nie okazał więc strachu.

 Skoro umieranie jest jak zapadanie w sen, to czy istnieje powód by bać się śmierci? – powtarzał sobie w duchu.

 - Nie powinnaś tego czytać – gdy do Ewy dotarł oskarżycielski ton mężczyzny, machinalnie wzdrygnęła się wypuszczając z rąk plik maszynopisów, po czym szybko zaczęła je zbierać z ziemi nie przestając wciąż przepraszająco spoglądać na pisarza stojącego w przejściu.

- Przepraszam pana. Po prostu...

- Nie musi się pani tłumaczyć, to zrozumiałe – uśmiechnął się lekko rozbawiony jej zakłopotanym wyrazem twarzy, dając jej jednocześnie do zrozumienia, że jego złość już zdążyła ustąpić.

- Czy mogę o coś pana spytać? – Milcząco dał jej znak, by kontynuowała. – Czy to z powodu tej książki tak się pan przed chwilą zdenerwował? Zamierza pan ją wydać?

- Tak, to z powodu Cesarza wpadłem w gniew i od razu mogę wyjaśnić to pani odpowiadając na drugie pytanie, czyli nie, nie zamierzam jej wydać, a co więcej nie zamierzam jej w ogóle kończyć – dodał gorzko.

- Dlaczego? Muszę przyznać, że zapowiadała się obiecująco.

- To pani zdanie, a moim, jako pisarza i autora tego tworu byłaby to powieść wtórna, traktująca o sprawach, o których wielokrotnie już się rozpisywano, niezbyt oryginalna pod względem fabuły i to na dodatek z tekstem o formie trącającej miejscami o granicę banału! – uniósł się lekko, po czym westchnął z rezygnacją.

- Myślę, że o pewnych rzeczach powinno się mówić ciągle od nowa.

- Co pani przez to rozumie? – Usiadł zaciekawiony obok niej.

- Są prawdy, uczucia uniwersalne i niezmienne, które dotyczą każdego człowieka niezależnie od czasu i miejsca, w którym się znajduje. Pisząc o nich ciągle idzie pan z duchem czasu, duchem człowieka.

- Dobrze, ale co się stanie jeśli wyczerpiemy już wszystkie wątki? Jeśli opiszemy i przeanalizujemy każde pojęcie, określimy za pomocą słów cały świat? Co nam, artystom wtedy pozostanie? A co, jeśli już to się stało? Powiedzmy, że jestem w stanie wejść do biblioteki świata, w której zgromadzono wszystkie książki, wszystkie historie, wszystkie idee. Czy istnieje szansa, że tworząc coś nowego nie zostanę uznany za złodzieja cudzych pomysłów? Na czym więc się oprzeć? Pozostaje mi czysty surrealizm, ale o zgrozo, to też już było! – Utkwił w niej zrezygnowane spojrzenie.

- Czy to pan stworzył alfabet, słowa i zdania? Każdy z nas w pewnym stopniu opiera się na dorobku poprzednich pokoleń. Poza tym uważam, że jest pan wobec siebie zbyt wymagający.

- Zbyt wymagający. Ha! Czyż wieczne niezadowolenie to nie klątwa pisarzy, pani Ewo?

-  Może raczej typowa przypadłość, panie...? – Postanowiła przemilczeć fakt, że po raz kolejny ktoś znał jej imię nim zdążyła je komukolwiek wyjawić.

- Oh, pardon, przepraszam! Przecież ja się pani nie przedstawiłem! Michał Nowakowski, nazwisko niezbyt mam obiecujące jak na pisarza. –  Wstał, ukłonił się głęboko, po czym usiadł z powrotem na siedzenie naprzeciw pana Tosa. On zaś przechylił tylko lekko głowę na powitanie i nie odezwał się ani słowem.

- To chyba nie stanowi problemu?

- Nie, oczywiście, ale dobre nazwisko pomaga stworzyć markę samą w sobie, choć bez Cesarza będzie to jeszcze trudniejsze do osiągnięcia.

- Brak weny? – Uśmiechnęła się na wpół drwiąco.

- Może pani zostanie moją muzą? – Ku jej zaskoczeniu i zażenowaniu odwzajemnił uśmiech kierując w jej stronę zalotne spojrzenie, gdy nagle kierowca wcisnął mocno hamulec, pojazd szarpnął gwałtownie i zatrzymał się na kolejnym przystanku. Ewa odetchnęła z ulgą, a Pan Tos wstał bez zawahania, po czym w milczeniu skierował się tanecznym krokiem w stronę drzwi i powitał nowych pasażerów nakazując im gestem ręki usadowić się na miejscach w środkowej części autobusu. Do pojazdu wsiadł między innymi mały, zmizerniały chłopiec trzymający w rękach kromkę czerstwego chleba, który od razu zwrócił uwagę Ewy.

- Proszę spojrzeć – szepnęła cicho Ewa. – Może on pana natchnie?

 Skoro umieranie jest jak zapadanie w sen, to czy istnieje powód by bać się śmierci? – pomyślał chłopiec, po czym jeszcze ściślej okrył zmarznięte ciało bluzą. Zapomniał już ile czasu minęło odkąd opuścił dom, jednak to nie tęsknota sprawiła, że zaczął głębiej zastanawiać się nad słusznością swojej decyzji. Może bał się na początku głodu, do którego zdążył już w pewien sposób przywyknąć, bał się też ludzi, którzy mogliby go skrzywdzić, gdy wałęsał się z dala od miejsc, które dobrze znał i w których czuł się bezpiecznie, ale najbardziej bał się chyba chłodu zimowych nocy i tej niepewności, która nie pozwalała mu spokojnie zasnąć. Wiedział, że nie dostanie od nikogo gwarancji, że nad ranem znowu się obudzi, żeby popatrzeć na wschodzące słońce. Mógł mieć tylko nadzieję, że tak się stanie. Wyraźnie pamiętał dzień, a właściwie noc, gdy po raz ostatni poczuł na swojej skórze ciężar ojcowskiej ręki.

 Szedł ciemną uliczką rozświetloną blaskiem nielicznych lamp, było cicho, pamiętał, że na początku słyszał tylko szmer spadających kropel deszczu oraz odgłos własnych kroków. Pamiętał kamienicę i drzwi, które otworzyły się z głośnym skrzypnięciem, korytarz, zadymioną kuchnię i widok zgarbionego ojca sączącego kolejne piwo, jego półprzymknięte powieki zza których spoglądała na niego para wściekłych oczu. Najpierw była tylko grobowa cisza, a potem bezpodstawne oskarżenia, krzyki i przekleństwa. Pamiętał, że nie dyskutował z nim, stał wyprostowany czekając na najgorsze i zastanawiał się w duchu, gdzie się podział ten naiwny chłopiec, który jeszcze do nie dawna wierzył, że wszystko się zmieni. Nagle poczuł ból, jednak to nie fizycznych tortur bał się najbardziej, ale samego siebie. Swojej nienawiści i siły, której mógłby użyć kiedyś przeciw niemu, aby skończyć ten koszmar raz na zawsze, swoich myśli tworzących dla uśmierzenia bólu obrazy śmierci ojca i swojej pamięci, bo wiedział, że zatrzyma te wspomnienia i staną się one na zawsze częścią jego tożsamości.

Przypominał sobie, że zapłakany siedział potem we własnym łóżku patrząc przez okno na ulicę, na spokojne, ciche miasto, które wydawało mu się w tę ciemną, deszczową noc przyjaźniejsze niż rodzinny dom i chwilę, gdy nagle dotarło do niego, że woli odejść aniżeli żyć więcej w taki sposób. Gdy wszystkie światła zgasły, a ojciec spał już głęboko w pokoju obok, chłopak uchylił nieznacznie drzwi i wymknął się na zewnątrz. Zaczął biec przed siebie, biegł co sił w nogach, a uciekając uśmiechał się, bo po raz pierwszy w życiu poczuł się wolny, wolny od łez. Niczego więcej nie pragnął.

 Ewa zdjęła płaszcz i skierowała się chwiejnym krokiem w stronę chłopca, jednak pan Tos w mgnieniu oka stanął naprzeciw niej.

- Możesz zejść mi z drogi?

- To niczego nie zmieni. –Wygładził rękami kieszenie kamizelki jakby starał się w ten sposób odpędzić od siebie natrętną pasażerkę.

- Skąd możesz to wiedzieć! Ten chłopiec ma jeszcze przed sobą wiele czasu.

- Akurat czas działa na razie na moją korzyść – mruknął do siebie, po czym ruszył za Ewą w kierunku chłopca sprawdzając jednocześnie na tarczy swojego zegara kieszonkowego godzinę. Kobieta klęknęła obok dziecka szczelnie okrywając je swoim ubraniem, jednak poza słabym uśmiechem nie doczekała się z jego strony żadnej reakcji.

- Gdybym mogła ci jakoś pomóc, dać coś ciepłego do picia...

- Dziękuję, proszę pani, już mi lepiej, naprawdę...

Przytuliła go do piersi próbując rozgrzać wychłodzone ciało, ale nie dostrzegła rezultatów. Chłopiec spojrzał Ewie w oczy, przypomniał sobie chwile, gdy to matka trzymała go w ciepłych objęciach dawno, dawno temu. Pan Tos stał spokojnie z tyłu i wymieniał porozumiewawcze spojrzenie z kierowcą, który od pewnego czasu przyglądał im się przez lusterko. Skinął w jego stronę i oparł delikatnie dłoń na jej ramieniu.

- Pani Ewo...

- Zostaw go w spokoju – wymamrotała z trudem nad sobą panując.

- Już czas.

- Jego też wysadzisz gdzieś w szczerym polu bez słowa wyjaśnienia? Nie pozwolę na to.

Nic nie odpowiedział. Autobus zaczął delikatnie zwalniać, a chłopak zdezorientowanym, sennym wzrokiem błądził po ich twarzach próbując zrozumieć, o co chodzi tej osobliwej dwójce.

- Chciałbym zobaczyć znowu mamę – wyszeptał smutno. Ewa pogładziła jego chłodny policzek ścierając z nich łzy. Tos pochylił się nad nim i przemówił czułym, hipnotyzującym głosem.

- Mogę ci obiecać, że gdy stąd wysiądziesz zrobi ci się cieplej.

- Cieplej? – Pomyślał o tych wszystkich słonecznych, letnich dniach, których doświadczył w życiu, o cieple pierwszego ogniska, które udało mu się samodzielnie rozpalić na leśnej polanie, o ciepłym kocu, który odnalazł kiedyś nieopodal swojej kryjówki i stracił go na rzecz innego bezdomnego, o cieple matki, która była teraz dla niego tylko odległym, mętnym wspomnieniem. Autobus stanął i drzwi otworzyły się wpuszczając do środka jeszcze więcej światła. Na zewnątrz było gorąco i słonecznie, kilku ludzi ubranych w letnie, przewiewne stroje niecierpliwie kręciło się pod wejściem próbując dostrzec dla siebie jak najlepsze miejsce.

- Chodźmy – ponaglił go delikatnie pan Tos obserwując jednocześnie reakcję Ewy. Ona przyglądała mu się z mieszaniną złości i błagania w oczach. Po chwili w powietrzu błysnęło ostre, srebrne narzędzie, a chłopak uśmiechając się opuszczał pojazd niespełna kilkanaście minut po tym jak do niego wsiadł. Kobieta usiadła z powrotem obok pisarza.

- Chyba nie czuje się pani winna? – spytał próbując podjąć na nowo rozmowę, jednak ona ścisnęła tylko usta w prostą kreskę i rozważała wszystkie sprawy w sobie. Wyciągnął więc ołówek i zaczął pisać...

Wyobraźnia rządzi się swoimi prawami.




Ania

skomentuj (0)


2011-08-24 (22:52:48)

[2]

Z oddali wyłoniły się światła pojazdu, a już po chwili jego charakterystyczna, zielonkawa sylwetka. Był to nieco zbyt głośny, nieco zdezelowany autobus, który mógłby już stanowić element ekspozycji dotyczącej historii rozwoju pojazdów komunikacji miejskiej lecz najprawdopodobniej z uwagi na swój dobry stan lub przywiązanie kierowcy pozostał na trasie. Dopiero, gdy zbliżył się do przystanku, Ewa zauważyła, że farba na karoserii miała już swoje lata, a pojazd miał w rzeczywistości tylko dwie pary drzwi – środkową oraz tylną. Szybko ustawiła się w pobliżu miejsca, gdzie spodziewała się pierwszych drzwi i z uwagą zaczęła przyglądać się ludziom siedzącym wewnątrz. Wszyscy wydawali się błądzić sennym wzrokiem po szybach bez wyraźnego zainteresowania tłumem nowych pasażerów, co nie odróżniało ich zbytnio od użytkowników innych podmiejskich linii. Gdy autobus zatrzymywał się, w drzwiach stał już starszy mężczyzna, a tuż za nim czaił się w przejściu drugi. Niespodziewanie w jego rękach zalśniło jakieś małe narzędzie, jednak zdążył je skryć przed dociekliwym wzrokiem Ewy nim drzwi otworzyły się z głośnym łoskotem wypuszczając załzawionego acz uśmiechniętego starca na zewnątrz. Dopiero teraz była w stanie porządnie mu się przyjrzeć.

Był to mężczyzna w średnim wieku, brunet, o ciemnych, smutnych oczach, długim, rzymskim nosie dodającym mu powagi i wąskich ustach, które ściskał w prostą kreskę, jakby starał się uświadomić wsiadającym, że nie warto w ogóle wdawać się z nim w dyskusje. Szykowna, błękitna koszula skryta pod czarną, dobrze skrojoną kamizelką, ciemne spodnie, czarne, skórzane półbuty i niewielkie, starannie zapuszczane bokobrody świadczyły jednak o tym, że była to też postać o specyficznym guście, ceniąca sobie świat elegancji i luksusów, o których inni mogliby sobie tylko pomarzyć. Wydawał się na pierwszy rzut oka chłodnym, wyrachowanym, pozbawionym emocji indywiduum, które doskonale wiedziało jak zapanować nad bezładną grupą ludzi i Ewa też tak uważała, jednak gdy tylko zaczął poruszać się tanecznym krokiem po pojeździe i zapraszać serdecznym gestem ręki do środka doszła do wniosku, że jest w nim też coś z artysty, który ukrywa większość uczuć pod maską obojętności, ale także perfekcjonisty, chorobliwie starającego się sprawować kontrolę nad panującym wokół niego zamętem, który zdając sobie sprawę ze swojej wyjątkowości, dumnie wypełnia swoją misję nie licząc się zbytnio ze zdaniem innych.

Gdy Ewa, stojąca nieco w tyle zbliżyła się do wejścia, brunet spoglądał właśnie na złoty zegarek kieszonkowy. Nagle schował go do kieszeni i zaczął uważnie lustrować ją wzrokiem od stóp do głów, jakby w odpowiedzi na jej wcześniejsze, impertynenckie w jego odczuciu badanie. Kobieta spuściła tylko oczy i zawstydzona wsiadła do pojazdu patrząc uważnie pod nogi. Skręciła w stronę przedniego siedzenia, jednak mężczyzna stanął jej naprzeciw i oparł obie ręce na siedzeniach zagradzając jej drogę. Milczał.

- Przepraszam.

- Nie ma pani, za co przepraszać – odrzekł niskim, głębokim głosem. Zadrżała. Jeśli było w nim coś, czego mogłaby się bać, to niewątpliwie tego przenikliwego głosu. Postanowiła jednak, że nie da tak szybko za wygraną.

- Chcę kupić bilet.

- Na tej linii nie jest wymagany – zarecytował rutynowo.

- W takim razie chcę porozmawiać z kierowcą. – Kobieta próbowała przejść obok, jednak brunet nie przesunął się ani o centymetr i dalej stał opierając dłonie o siedzenia. Zaczęła pchać się, napierając na niego, ale na nic się to zdało. Brunet uśmiechnął się ironicznie, ale nie zdążyła tego zauważyć.

- Po co te nerwy, proszę pani? – wyznał półszeptem.

- Dlaczego nie chce mnie pan przepuścić?!

- Kierowca ma swoje obowiązki, a ja swoje. Proszę zająć miejsce – odpowiedział rzeczowo, a potem gestem pokazał jej czwórkę w tylnej części pojazdu. Gdy podniósł rękę, Ewa wślizgnęła się między niego i pionową poręcz, jednak znowu złapał ją nim zdążyła zbliżyć się do fotela kierowcy.

- Niesforna z pani pasażerka. – Gniewnie spojrzał jej w oczy i pochylił się nad nią ostrzegawczo.

- To gdzie mam usiąść? – Uśmiechnęła się starając się zrobić pokorną minę. Zaczynała się go bać. Był spokojny, jej zdaniem zbyt spokojny.

- Proszę za mną. – Podał jej rękę i delikatnie poprowadził na tył pojazdu nie spuszczając z niej wzroku. Po chwili oboje jechali w nieznanym kierunku, siedząc naprzeciw siebie, a brunet trzymał na kolanach skórzaną torbę, którą zostawił wcześniej na swoim siedzeniu.

- Musimy ustalić kilka zasad, pani...?

- Nazywam się Ewa.

- Piękne imię – odparł szeptem do siebie i zaczął szukać czegoś w torbie nie zważając na jej oczekujące spojrzenie.

- Mogłabym poznać pana imię?

- Różnie mnie nazywają, ale najczęściej mówią do mnie pan Tos. – Ukłonił się jej lekko, wyjął z torby książkę i odłożył ją na bok.

- Jest pan kontrolerem? – spytała, choć nie dostrzegła u niego do tej pory żadnego identyfikatora.

- Ależ skądże, droga pani. Zajmuję się zawodowo fryzjerstwem – wyznał bez cienia zawahania, po czym wyciągnął z kieszeni małą parę eleganckich, srebrnych nożyczek i w powietrzu wykonał kilka charakterystycznych ruchów. Tego rodzaju praca wydawała się Ewie sensowna dla takiego człowieka jak on. Zawsze sądziła, że fryzjerzy mają w sobie coś z artysty.

- Gdzie ma pan swój zakład? – Brunet tylko zagadkowo się uśmiechnął się i wyjrzał przez okno. – Mnie także mógłby pan podciąć włosy?

- Oczywiście, pani Ewo, ale nie teraz. – Spojrzał znowu beznamiętnie na zegarek. – Zdecydowanie, nie dziś.

Nagle zmarszczył brwi, jakby przypomniał sobie coś ważnego.

- Skoro mamy część oficjalną za sobą, mogę przejść teraz do istotniejszych spraw. Mam nadzieję, że pani zachowanie było jednorazowym ekscesem, który nie powtórzy się w przyszłości, jednak jestem zmuszony wziąć panią pod szczególny nadzór i przedstawić pani kilka zasad, których powinna pani przestrzegać podczas naszej wspólnej podróży.

- Słucham – odpowiedziała, dając mu do zrozumienia tonem swojej wypowiedzi, że traktuje go poważnie, choć nie potrafiła powiązać władczego tonu pana Tosa z pełnioną przez niego funkcją objazdowego fryzjera. Musiał być kontrolerem.

- Podstawowe zasady są trzy. Nie wolno pani dekoncentrować kierowcy poprzez rozmowy, nie wolno pani wysiadać, dopóki ja o tym nie zadecyduję i nie wolno pani w żadnym wypadku wyglądać przez tylną szybę.

Kobieta spoglądała na niego z mieszaniną zainteresowania i niezrozumienia. Zakazy wydane przez Tosa wydawały się jej absurdalne, a z drugiej strony intrygujące. Odwróciła głowę, żeby zobaczyć małą, zabrudzoną szybę w tylnej części pojazdu i zaczęła zastanawiać się, co takiego złego jest w patrzeniu przez tamto okno.

- Czy to dla pani zrozumiałe? – spytał tonem, który sprawił, że gwałtownie odwróciła głowę w jego stronę. Znowu przebiegł jej po plecach zimny dreszcz.

- Tak, coś jeszcze? – Zadarła dumnie głowę próbując udać, że nie zrobił na niej żadnego wrażenia, choć serce nadal łomotało niespokojnie w jej piersi.

- Dam znać, gdy będę miał do pani jakieś zastrzeżenia. – Otworzył wolumin i zaczął czytać nie poświęcając jej dłużej swojej uwagi. Ewa przyglądała się chwilę zatopionemu w lekturze mężczyźnie, jednak nie widząc więcej żadnej reakcji znudzona zaczęła błądzić wzrokiem po pojeździe próbując dokładniej przypatrzeć się innym ludziom.

Pierwszą osobą, której dokładniej się przyjrzała był starszy mężczyzna drzemiący na siedzeniu po drugiej stronie przejścia. Siwy, wąsaty staruszek pochrapywał cicho trzymając splecione ręce na pokaźnym brzuchu i kołysał się lekko na boki w czasie jazdy. Bruzdy na jego czole świadczyły o tym, że nie raz usilnie głowił się nad jakimiś zawiłymi problemami, tak, że nawet teraz, na starość, drzemiąc sprawiał wrażenie wiecznie zmartwionego, a mimo to wyglądał jednocześnie na zwyczajnego, przystępnego faceta. Ubrany w jasną, beżową koszulę i proste, jasne spodnie przypominał nieco turystę lub człowieka pracującego w usługach. Dalej, bliżej drzwi siedziała jakaś ciemnowłosa, młoda kobieta z ogromnymi, czarnymi słuchawkami na uszach, która według ustaleń Ewy wysyłała co jakiś czas do kogoś esemesy, bo charakterystyczny dźwięk przychodzących wiadomości, co chwilę rozbrzmiewał z okolic jej siedzenia wyraźnie irytując starszą kobietę siedzącą po przeciwnej stronie przejścia. Owa staruszka odwracała raz po raz głowę w jej stronę wyrażając niemo swoją dezaprobatę dla dziwnych, brzęczących sygnałów, słuchawek i towarzyszących im odtwarzaczy muzyki oraz wszelkiego rodzaju urządzeń elektronicznych będących nieodłącznym akcesorium młodego człowieka XXI wieku starając się jednocześnie nie spuszczać z oczu cennych toreb z zakupami. Bliżej środka zajął miejsce mężczyzna, który zaczepił ją na przystanku. Przyjrzała mu się uważniej, jednak on stał tylko i leniwie wyglądał przez okno pojazdu nie zwracając wyraźnej uwagi ani na Ewę, ani na Tosa, ani na dwójkę małych dzieci, które żywo o czymś rozprawiały siedząc tuż przy nim na miejscach usytuowanych tyłem do kierunku jazdy. Matka chłopca i dziewczynki siedziała tuż obok, po drugiej stronie przejścia i rozglądała się nerwowo po autobusie. Jeszcze dalej, tuż przy przednich drzwiach zajął miejsce starzec w kaszkiecie, który już na przystanku sprawiał Ewie wrażenie człowieka mającego problemy z poruszaniem się, a najbliżej kierowcy próbował spać niewidomy mężczyzna, co kobieta wywnioskowała po długiej, białej lasce, którą trzymał na kolanach.

- Maciek, nie wychylaj się. Siedź grzecznie jak Kasia. – Usłyszała głos Ewa. Kobieta oparła dłoń o czoło, odgarnęła z czoła jasne blond włosy i z rezygnacją popatrzyła na dwójkę kręcącą się wciąż na siedzeniach.

- Mamo, patrz! – krzyknęła dziewczynka, gdy dostrzegła za oknem coś interesującego i zaczęła machać bezładnie rękami.

- Jak autobus zahamuje to spadniesz, zobaczysz! – ostrzegła ją i popatrzyła błagalnie na dziecko wierząc, że rozumie, na czym polega niebezpieczeństwo tej sytuacji, jednak Kasia uśmiechała się nieświadoma i cieszyła się mijanymi widokami. W końcu matka nie wytrzymała, przeprosiła mężczyznę stojącego obok dzieci i pomogła im usiąść głębiej na siedzeniach.

- Mamo, daleko jeszcze? – spytał Maciek. Matka zdezorientowana zaczęła rozglądać się po pojeździe, aż przypadkowo jej oczy zatrzymały się na Ewie. Chwilę patrzyła na nią, jakby czegoś od niej oczekiwała, a potem przykucnęła obok syna.

- Cóż to za pytanie, Maciek?

Pan Tos oderwał w tym samym momencie wzrok od książki i popatrzył na Ewę w podobny sposób, co blondynka. Ona odwzajemniła spojrzenie, przechyliła nieco głowę i zapytała z przekąsem:

- Pan także uważa, że to było dziwne pytanie?

- Mali chłopcy mają tendencję do zadawania dziwnych pytań. – Zgodnie ze swoim rytuałem sprawdził znowu godzinę na zegarku i strzepnął z ramion fikcyjny kurz.

- Ja też szukam odpowiedzi. Daleko jeszcze, panie Tosie? – rzuciła ironicznie podświadomie czując, że to pytanie padało w tym pojeździe znacznie częściej niż jej się wcześniej wydawało.

- Pani jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, pani Ewo.

- Czyli wyjątki muszą pozostawać pod pana specjalnym nadzorem?

- To pani zdanie – odparł uśmiechając się lekko, po czym wrócił do lektury.



Ania

skomentuj (4)


2011-08-13 (20:23:28)

[1]

Sądziła, że to będzie zwyczajny, wtorkowy poranek, najzwyczajniejszy z możliwych. Pojawił się przecież zgodnie z przewidywaniami gregoriańskich kalendarzy i przyniósł za sobą to, co zwykł przynosić taki poranek, a mianowicie odgłosy budzików i szczekających psów, opary kawy sączące się z szarych, sennych kamienic, korki drogowe i co ważniejsze wzmożony ruch pojazdów komunikacji miejskiej wraz z bezwzględnymi kontrolerami, sennymi robotnikami spoglądającymi raz po raz nerwowo na zegarki, uczniami oraz niewyspanymi studentami podążającymi w różnym stanie umysłu i ciała na macierzyste uczelnie. 

Myliła się jednak. Późniejsze wydarzenia, których stała się świadkiem i uczestnikiem uświadomiły jej, że dzień ten nie zmieściłby się w żadnej skali normalności, choć żadna kometa ani spektakularny układ planet wcześniej tego nie sugerował. 

 

Szła właśnie główną ulicą jej małego, bezimiennego miasteczka, gdy nagle...

– Czekamy na panią – odezwał się jakiś mężczyzna.

Zatrzymała się mimowolnie i odwróciła głowę próbując zlokalizować źródło głosu. Prawdopodobieństwo, że chodziło mu o nią było jej zdaniem bliskie zeru, jednak okazało się, że ten wysoki szatyn faktycznie czegoś od niej chciał.

– Myli się pan – odparła pospiesznie i ruszyła dalej.

– Nie sądzę, pani Ewo.

Zdezorientowana stanęła w miejscu i zlustrowała go wzrokiem. Była pewna, że nie był żadnym z jej znajomych. Gdy mężczyzna zauważył zainteresowanie z jej strony, podszedł do niej powoli i spojrzał jej niepewnie w oczy jakby wahał się, czy na pewno zwrócił uwagę na właściwą kobietę.

– Skąd zna pan moje imię?

Wzruszył tylko ramionami.

– Jeśli pani odejdzie, nasz autobus nigdy nie przyjedzie.

Kątem oka dostrzegła, że wszyscy stojący na przystanku zaczęli patrzeć na nią wyczekująco. Tego było już dla niej za wiele.

– Niech pan nie będzie śmieszny! Państwa autobus pojawi się tutaj zgodnie z rozkładem niezależnie od tego czy tutaj zostanę, czy też nie.

Mężczyzna umilkł. Zirytowana szarpnęła go za ramię i podeszła razem z nim do wiaty. Zaczęła szukać rozkładu jazdy, jednak niczego nie znalazła. Zszokowana opadła na siedzenie i utkwiła wzrok w chodniku próbując uspokoić oddech. Jej rozmówca usiadł obok i zerkał troskliwie w jej stronę.

– Musi pani z nami zostać – powiedział spokojnie.

– Niczego nie rozumiem.

– Musi pani zaczekać, a potem wsiąść razem z nami do tego autobusu, pani Ewo.

– Ale dlaczego?! – krzyknęła zdenerwowana. – Przecież wy nie wiecie nawet, czy coś tutaj w ogóle przyjedzie! To bez sensu!

– Akurat w tym przypadku nie ma pani racji – odezwał się starszy mężczyzna z długą siwą brodą, po czym lekko uniósł swój kaszkiet witając się z nią. – Przyjedzie, i to niebawem.

Wyciągnął przed siebie laskę i podszedł powoli do krawężnika.

– Dokąd będzie jechał? – spytała sądząc, że odnalazła wreszcie osobę, która zna odpowiedź na jej pytania.

– Gdy wsiądzie pani do niego, to się pani dowie. Tak, jak my wszyscy.

Starzec spojrzał na drogę i ruszył w stronę trzeciego miejsca.

 

Odetchnęła głęboko i zaczęła zastanawiać się dlaczego to właśnie ona zostałam postawiona w takiej surrealistycznej sytuacji. Mogła odejść w każdej chwili i przestać się nad tym zastanawiać, jednak jej ciekawość była zbyt silna. Chciała zobaczyć czy ten tajemniczy środek transportu rzeczywiście się pojawi. Chciała też wiedzieć kto i dlaczego będzie nim jechał. Chciała poznać cel jego podróży, mimo iż zdawała sobie sprawę z tego, że być może nigdy nie uzyska odpowiedzi na swoje pytania. Spojrzała ponownie na staruszka w kapeluszu – on nie miał wątpliwości. Nie próbował analizować całej tej sytuacji, tylko przyjmował to wszystko ze spokojem godząc się na każdą niespodziankę, którą zgotował dla niego los. On wierzył.

Ona zawsze starała się tłumaczyć wszystkie wypadki w racjonalny sposób. Sądziła, że trzymając pewnie wodze życia można przewidzieć wszystko, prawie wszystko, a przynajmniej więcej niż inni ludzie.

Zaczęła przeklinać w duchu los, za to, że zesłał na nią tego tajemniczego mężczyznę, a jej rozum coraz bardziej zaczął się buntować.

 

Przecież to nie ma sensu?!

Dlaczego nikt nie szuka odpowiedzi?!

Może nie warto jej szukać?

Czy to jest właśnie przeznaczenie?

Czy jemu można się przeciwstawić?

 

Poddaję się.

 

Wyciągnęła przed siebie ręce w oczekiwaniu na astralne łańcuchy, jednak nic nie spowiło jej myśli. Nadal mogła kochać i nienawidzić, wątpić i wierzyć, chwalić i krytykować zgodnie z własną wolą.

 

I nie musiała wcale wsiadać do tego przeklętego autobusu.

Mimo to wsiadła, podobnie jak my wszyscy.



Ania

skomentuj (3)